2.Jaracz

„Majster”, dyrektor i patron

Teatr Ateneum – który jeszcze wtedy nie był teatrem ani nie nazywał się Ateneum – otwierano dwa razy.

Pierwszy raz 15 kwietnia 1928 roku, kiedy chrzest przechodził nowy Dom Kolejarza. Na inaugurację zagrano składankę słowno-muzyczną, a wystąpili w niej: chór gazowników Znicz, orkiestra Filharmonii Warszawskiej, solista opery, uczennice szkoły rytmiki i plastyki oraz zespół Placówka Żywego Słowa, który wyrecytował wiersz Mickiewicza i zaśpiewał parę piosenek.
Od lewej: Zygmunt Chmielewski, Janusz Dziewoński i Stefan Jaracz na schodach holu głównego Teatru Ateneum, 1930.
Drugie otwarcie odbyło się pół roku później, 5 października tegoż roku. Ta sama Placówka Żywego Słowa wykonała tym razem poemat Norwida „Wanda” oraz „Prolog” do „Kordiana”. Teatr nadal nie nazywał się Ateneum, bo ówczesny sekretarz generalny Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego, Stefan Kopciński, jeszcze tej nazwy nie wymyślił – zrobił to niebawem. Na razie przyszłe Ateneum prowizorycznie nazwało się Placówką Żywego Słowa i to była całkiem niezła nazwa dla teatru, bo całkiem zrozumiała dla prostego robotnika. A przecież o widza-robotnika miało tam chodzić.

Stefan Jaracz, Chcemy być teatrem żywym

Czyta Wojciech Brzeziński

00:00
Sekretarz Kopciński miał jeszcze jedną, może ważniejszą zasługę: wymyślił na dyrektora Ateneum aktora Stefana Jaracza. Było to w roku 1930, więc dwa lata po otwarciu sceny na Powiślu. Co oznacza, że słynny ów aktor (którego imieniem teatr ten nazwano dopiero po wojnie, w 1951 roku) wcale nie był ani założycielem, ani pierwszym dyrektorem teatru. Był za to tym, który dał mu prawdziwe intelektualne i artystyczne podwaliny i właściwie dopiero on naprawdę go stworzył.

Stefan Jaracz, Moja pierwsza rola

Czyta Przemysław Bluszcz

00:00

Jaracz był człowiekiem wielkiego serca, wielkiego talentu, ogromnie oddany swojej pierwszej „własnej” scenie – dotąd tylko występował jako aktor na licznych scenach całej Polski. Oddany był do tego stopnia, że kiedy zdecydował się zostać dyrektorem, a Ateneum było wtedy w kiepskiej formie finansowej, ponad połowę zaoszczędzonych na swoim aktorstwie pieniędzy włożył do kasy teatru.

Stefan Jaracz, Z pamiętnika

Czyta Tadeusz Borowski

00:00
Jak to wielki artysta, miał jednak kapryśną naturę, okresowo silną skłonność do alkoholu (też jak wielu aktorów, w tym największych), więc po trzech latach zmagania się z zespołem aktorskim, repertuarem, finansami, polityką i publicznością postanowił dać sobie spokój z dyrektorowaniem. Nie pomogło nawet zaproszenie do dyrektorskiej współpracy słynnego reżysera Leona Schillera, z którym się słabo dogadywał, ani zmiana nazwy teatru na Nowe Ateneum.
Te trzy lata miały oczywiście swoje chwile wielkości, zwłaszcza gdy z dużym sukcesem pokazywano komedie Fredry, a Leon Schiller wyreżyserował swój głośny spektakl „Krzyczcie, Chiny!”. Spektakl uznano jednak za manifestację komunizmu (skądinąd zasłużenie, autorem był radziecki dramatopisarz Siergiej Tretjakow), a w latach 30. być komunistą w nieco faszyzującej już Polsce to nie była dobra legitymacja.

Przedstawienie, skądinąd podobno wybitne, swoim radykalizmem politycznym wystraszyło też znaczną część publiczności i zaczęły się kłopoty. W dodatku Jaraczowi nie bardzo podobały się repertuarowe pomysły Schillera, który wobec braku znaczących dramatów współczesnych stawiał na adaptacje powieści i publicystykę społeczno-polityczną. Jaracz, rasowy aktor, wolał prawdziwą literaturę dramatyczną. Zniechęcony w 1933 opuścił jako pierwszy łódkę Ateneum, Schiller zrobił to pół roku po nim.

Ratowania firmy z opresji – przede wszystkim wobec rzedniejącej widowni – podjął się niejaki Wiktor Biegański, który miał prostą receptę na teatr: trzeba grać farsy, komedie i wodewile, w budynku otworzyć restaurację – i widownia się zapełni.

Recepta okazała się jednak średnia, choć restaurację rzeczywiście otwarto. Biegańskiemu po dwóch sezonach podziękowano. Ratunku trzeba było szukać… w Jaraczu. Tylko człowiek prawdziwie oddany teatrowi, w dodatku rozumiejący mieszkańców Powiśla, prostych ludzi nieoswojonych z teatrem, mógł coś jeszcze zdziałać, nie obniżając artystycznego poziomu. Sam pochodził ze wsi pod Tarnowem i chętnie grywał bohaterów ze społecznych nizin: raczej molierowskiego Grzegorza Dyndałę niż Don Juana, raczej pechowego i upokarzanego bohatera „Szczęścia Frania” Perzyńskiego niż jakiegoś zamożnego mieszczucha, raczej Kalibana w szekspirowskiej „Burzy” niż Prospera z tejże sztuki. Sam jednak, wyszedłszy raz ze wsi, na tę wieś nie wrócił, wręcz przeciwnie. Drogę ze Starych Żukowic na wydział filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego pokonał szybko i z sukcesem, zostając jednym z najpoważniejszych autorytetów artystycznych dwudziestolecia międzywojennego. Aktor-filozof – rzadkie zjawisko.
Był, jak się to dziś mówi, aktorem kompletnym. Tak o nim pisał wybitny Skamandryta, Kazimierz Wierzyński:

„Jest to aktor z jednej bryły, z monolitu. Cokolwiek by wyrażał, a wyraża mnóstwo, zawsze zdobywa nas raczej sobą niż rolą. Jego osobowość aktorska jest tak dominująca, że właściwie ona przejmuje rolę, a nie rola przekształca Jaracza. W każdej z nich daje on tyle samego siebie, że widocznie więcej jest na świecie Jaracza niż ról w teatrze… Jaracz gra nie umiejętnością i wiedzą, choć, Boże mój, jakże oswoić się z podziwem, który one wzbudzają. On gra przede wszystkim natchnieniem i wiarą. Jest to poeta aktorstwa, o magicznej sile wyrazu”.
Widać, że pisał te słowa poeta, ale poeta prawdziwie urzeczony uwodzicielskim talentem swojego idola.

Stefan Jaracz, Pięciolecie Ateneum

Czyta Bartłomiej Nowosielski

00:00

W 1935 Jaracz wrócił zatem do Ateneum i nie opuścił go aż go wojny. Te cztery lata były dla Ateneum czasem trudnym. W ogóle teatrom tamtego czasu nie było łatwo z przyczyn tak politycznych, jak pogłębiającej się zapaści ekonomicznej.

Przynajmniej nastąpiła stabilizacja na stanowisku dyrektorskim i teatrem przestało rzucać od koncepcji do koncepcji. Jaracz był urodzonym społecznikiem i teatr był dla niego miejscem nie tylko twórczości, ale i kształtowania przez mądrą sztukę dobrych wzorów na życie. Będąc wybitnym aktorem, postanowił traktować Ateneum przede wszystkim jako Teatr Aktora właśnie. Mało: tak właśnie swój teatr oficjalnie ochrzcił, do końca woląc tę nazwę od oficjalnego Ateneum (co ciekawe, poszli za nim niektórzy recenzenci, podobnie tytułując Ateneum w swoich sprawozdaniach z premier).

Stefan Jaracz, Praca aktora

Czytają Marek Lewandowski, Krzysztof Tyniec, Marzena Trybała, Maria Ciunelis, Przemysław Bluszcz, Magdalena Schejbal, Wojciech Brzeziński

00:00
Aktor zawsze był dla Jaracza najważniejszym przekaźnikiem treści i sensów zapisanych w możliwie jak najlepszej literaturze scenicznej. Sam dawał przykład, grywając przez kilkadziesiąt lat znakomite role w rozmaitych teatrach od Krynicy po Poznań, Warszawę, Lwów i Wilno. Bardzo wiele wymagał od przedstawicieli swojego zawodu. Przede wszystkim artystycznej i moralnej dyscypliny (sam jej nie zawsze dochowywał…), poczucia odpowiedzialności i dążenia do ideału w życiu i pracy. Wszystko to zapisał w słynnym „Testamencie”, referacie wygłoszonym w kwietniu 1936 roku na Zjeździe ZASP-u w Warszawie.

Stefan Jaracz, Psychologia gry

Czyta Krzysztof Tyniec

00:00
Sam prawie nie reżyserował, wolał grać, w Ateneum wystawił zaledwie dwa przedstawienia – zagrał zaś aż w trzydziestu na ponad trzysta ról odegranych w całym swoim życiu. Reżyserowała przede wszystkim Stanisława Perzanowska, przy okazji znakomita aktorka i doskonały pedagog.

Co grano? Po pierwszym okresie dyrektorowania, kiedy w repertuarze Ateneum dominował Aleksander Fredro, teraz Jaracz z Perzanowską postawili na Moliera. Trzy znakomite inscenizacje: „Chory z urojenia” (1935), „Szkoła żon” (1936) i „Świętoszek” (1938) – z Jaraczem w głównych rolach – spowodowały, że Ateneum zaczęto nazywać „domem Moliera” albo paryską Komedią Francuską na Powiślu. Był to Molier prawdziwie nadsekwański, lekki, dowcipny, choć nadal zjadliwy. Przedstawienia cieszyły się tak wielkim powodzeniem, że każde zagrano ponad 80 razy, co jak na tamte czasy było osiągnięciem znakomitym.

Z tych około trzystu wspomnianych ról zagranych przez Jaracza na polskich scenach nie sposób obiektywnie wybrać (zwłaszcza po tylu latach i przecież na niewidzianego) niekwestionowanych arcydzieł wielkiego mistrza. Trzeba się zdać na zawsze niestety zawodne i niesprawdzalne świadectwa z tamtych czasów. Encyklopedie, biografie, słowniki i gazety najczęściej wymieniają wspomnianego nieszczęśliwego Frania i Głupiego Jakuba w sztukach Rittnera, tytułowego Judasza w dramacie Kazimierza Tetmajera, Rejenta w „Zemście” i Pana Geldhaba z komedii Fredry, dobrego wojaka Szwejka, urzędnika Baszmaczkina z „Płaszcza": Gogola, Szelę z „Turonia” Żeromskiego, role molierowskie… Wymieniano więcej, poprzestańmy na tych.
Gdyby jednak przyszło – wbrew zdrowemu rozsądkowi – wybrać tylko jakąś jedną rolę, niezaprzeczalne arcydzieło uznane przez wszystkich, niech to będzie szewc Wilhelm Voight ze sztuki „Kapitan z Kaepenick” Carla Zuckmayera (1931). Już rok po jej napisaniu sztukę z niemieckiego przetłumaczono i w Nowym Ateneum wystawił ją ówczesny współdyrektor, Leon Schiller, oczywiście z Jaraczem w roli głównej. Sztuka była oparta na rzeczywistym zdarzeniu. Oto rzeczony szewc, wielokrotny pechowy więzień cesarstwa pruskiego za jakieś drobne przewinienia, wreszcie wypuszczony – nie mogąc znaleźć pracy ani uzyskać papierów paszportowych, kupuje stary mundur kapitański. Przebiera się, przy pomocy zwerbowanego podstępem oddziału policji aresztuje burmistrza Koepenick, zabiera miejską kasę i żąda wydania stosownych papierów. Cóż, kiedy okazuje się, że w Koepenick nie wydają paszportów… Robi więc ekstra numer: w zamian za paszport obiecuje donieść policji na samego siebie i dać się aresztować… Rzecz jasna nic dobrego z tego wszystkiego dla naszego bohatera nie wychodzi, choć zabawę mają wszyscy, łącznie z cesarzem Wilhelmem, który, rozśmieszony, skraca szewcowi przebierańcowi karę więzienia.
Podobno Jaracz był genialny w tej roli. Oddajmy jeszcze raz głos Kazimierzowi Wierzyńskiemu:

„Jaracz dał koncert nieporównany. Zmienił się w dobroduszność nieszczęścia, w szarość pognębienia biednego człowieka, pokazał jego pokorną niedolę i śmiesznie-smutną filozofię chaplinowską. Jego twarz, ruchy i były jednym arcydziełem”.

5 września 1939 roku miała się w Ateneum odbyć premiera „Żeglarza” Jerzego Szaniawskiego, oczywiście z Jaraczem w głównej roli. Odbyła się tylko poranna próba. Wybuchła wojna i wszystko się skończyło.

Teatr przejęli Niemcy i dyrektor wraz z zespołem poszedł na wojenną tułaczkę. Przeszedł Oświęcim (na szczęście niedługo tam pobył, wyciągnęła go rodzina i przyjaciele), przeszedł biedę, chorobę i zagrał upokarzającą ostatnią rolę – pacjenta sanatorium w Otwocku. Umarł tam 11 sierpnia 1945 roku, trzy miesiące po zakończeniu II wojny światowej.

Stefan Jaracz, Do Juliusza Osterwy

Czyta Marian Opania

00:00
strona główna
następna strona – 3. Ateneum Janusza Warmińskiego
Redakcja: Aneta Kielak-Dudzik, Tadeusz Nyczek
Wybór i układ materiałów audio i foto: Aneta Kielak-Dudzik
Opracowanie muzyczne: Wojciech Borkowski
Realizacja dźwięku: Marcin Czekała, Grzegorz Sęp-Szafrański
Koordynacja: Małgorzata Mostek
Logo MKIDN
Fotografie, jeżeli nie podano inaczej, pochodzą z archiwum Teatru Ateneum i wydawnictwa "Ateneum 90". Teatr dołożył starań, aby określić autorstwo wszystkich zdjęć. Nie zawsze było to możliwe. Jeżeli ktoś jest w stanie wykazać mylną atrybucję lub pominięcie, Teatr prosi o kontakt.
W ilustracji muzycznej nagrań audio skorzystano z utworu: „Warszawa w czasach mojego debiutu” /sł. Wojciech Młynarski, muz. Wojciech Borkowski, śpiewa Michał Bajor/. Licencję na jego wykorzystanie wydało Stowarzyszenie Autorów ZAiKS.
Kopiowanie i rozpowszechnianie zawartych treści bez zgody Teatru jest niedozwolone.
projekt i wykonanie:Logo studio FNC